Przetłumaczone przez Fa Dao

Samotny mnich chadzał czasami przed siebie przy szczytach klifów tuż za miastem. Ludzie gapili się na jego ogoloną głowę i słyszeli brzęk jego mali kiedy wiał mocno wiatr morski i zastanawiali się, za kim podążał i pytali się jeden drugiego, „Do jakiej szkoły on należy?” i „Jaką tradycję on praktykuje?” Nikt nie był pewien ale krążyły plotki że był tępakiem i ortodoksem, mimo że nikt nie był pewien kto to pierwszy powiedział.
Ten stary mnich wydawał się oschły i niedostępny. Nie chodził zbyt często do miasta i nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Wyczuwali w nim pewnego rodzaju współczucie ale nie wydawał się zważać na nich zbyt wiele. Wprawiał w zakłopotanie zwykłych chłopów i woleli mnichów ze Świątyni Rób dobrze, którzy przynosili im jedzenie czy mniszki z Kaplicy Czuj Słodkie, które śpiewały im cudowne pieśni by ululać ich do snu.
Stary mnich miał wszelkie przejawy pogodnego świętego człowieka i wywoływał wrażenie spokoju i pociągającej tajemniczości ale ciągle ludzi niepokoił ; chociaż wiedzieli że jest tam(chociaż, dziwnie, niedokładnie) trzymali się na odległość. Podejrzewali że żyje prawdopodobnie w jaskini z dzikimi bestiami i nocnym terrorem .
Wszystko co tak naprawdę wiedzieli o nim to jego imię Mistrz Kim . Nigdy nie powiedział nic więcej. Mistrz Kim wiedział że nie ma nic innego więcej do powiedzenia.
Ale poza tą całą mistyczną otoczką , która okrywała jego drogę Mistrz Kim był faktycznie kochającym ojcem . Jego pięcioro dzieci odbierało go jako srogiego, ale ufały mu, że zawsze będzie tam nigdy za daleko jeśli nagle przerwą swoje zabawy by go szukać . Wiedziały że je kocha i zawsze będzie z nimi wtedy kiedy go potrzebują.
Głupie dzieci nie wiedziały tego, ale Mistrz Kim znał wszystkie ich sny, ich wizje, ich dolegliwości i bóle. Znał on ich lęki i wiedział kiedy powiedzieć im by przerwały szczególnie kiedy starsze dzieci dokuczały młodszym. Robił to z miłością i mądrością, wiedząc że dręczyciele ranili tylko sami siebie a dręczeni ciągle mieli wiele do nauczenia się. Ale rzadko robił nawet to, ufając im i ich własnym, małym kłopotom i radościom.
Śmiał się z nich czule i nazywał je swoimi małymi Wu Yun, czy czasami swoimi małymi kopcami. Kopcami czego? Kopcami psoty, z pewnością!
Mimo że pięciorga dzieci rzadko wiedziały co robiły ani gdzie zapuszczały się, stary mnich miał na nie ciche oko, zawsze obecne i kiedy stawały się najbardziej przekorne i hałaśliwe śpiewał dla nich starą piosenkę, którą pamiętały i z szerokimi i otwartymi ramionami delikatnie zabierał je do domu gdzie mogły krótko odpocząć. I w tych cennych momentach spokoju, patrzyły w Mistrza Kim starożytne, migotliwe oczy a on patrzył w ich i wtedy wszystko było po prostu... w porządku.
Tak jak powinno to być.
I kiedy dzieci topniały w błogostanie jego objęcia, wpadały w ciepły komfort jego ramion, Mistrz Kim delikatnie pojawiał się i znikał, zostawiając je zadowolonymi, śpiącymi ale żywo przytomnymi, kochające się ze sobą nawzajem, oddychając delikatnie, delikatnie jak jedno.
Jeśli ludzie z miasta kiedykolwiek widzieli te dzikie i niesforne dzieci uśmiechające się delikatnie i w spokoju, dziwili się jakie Mistrz Kim rzucał zaklęcie na nie. Z pewnością nie mogły to być te same dzieci, które terroryzowały przedmieścia ich uporządkowanego miasta, rozsypywajac całą fasolę i pozwalając by koty wybiegały ze swoich toreb?
Była Rupa; była ona najstarszą i chociaż stary mnich kochał ją wiedział, że nie była ona najjaśniejszą z dziatwy. Zawsze jadła za dużo i narzekała na ból brzucha. Biegając do drzew, wpadając w krzaki, wracając do domu z zadrapaniami i siniakami na jej małym ciele. Stawała się sfrustrowana swoim młodszym rodzeństwem; czy nie zdawali sobie sprawy, że była szefem? Głupie małe dzieciaki, często wściekała się.
Wedana był najmłodszy i o niewiele większy niż niemowlę. Nie wiedział za wiele; wiedział tylko co lubi a czego nie, lgnąc do lub uciekając od cokolwiek jego starsze rodzeństwo robiło. Czasami krzyczały na niego a on płakał ale wtedy rzucały mu trochę słodyczy a on chichrał się i pożerał je i z mokrym zadowoleniem szczerzył zęby.
Samskara był drugim najstarszym dzieckiem i odczuwał głęboko. Tak się urodził z otwartymi oczami przy narodzinach, tak jakby już wiedział. Ale łatwo wpadał w różne nastroje i lubił mówić innym dzieciom co powinny a czego nie powinny robić. Po prostu myślał, że wie najlepiej; zawsze miał. I inne dzieci ogólnie rzecz biorąc pozwalały mu na to tak więc wydawał się dziwnie dokładny w swoich ostrzeżeniach i przepowiedniach. Naprawdę nie wiedziały co z nim robić.
Mała Samjna była drugim najmłodszym dzieckiem i jeśli inne dzieci miałyby być szczere była prawdopodobnie najbardziej dokuczliwa chociaż kochali ją bardzo i nigdy nie potrafili zagrać w jakąkolwiek grę bez niej. Wnosiła mnóstwo zabawy i zainteresowania do ich gry. Życzyli sobie tylko, no cóż, żeby się czasami przymknęła i przestała być takim ja wiem wszystko.
Ostatnim był Vijnana. Zawsze pierwszy by wstać zawsze ostatni by pójść spać. Był zawsze uważny, nigdy całkiem pewien gdzie siadał w hierarchii ale nigdy nie można było umieścić czegokolwiek za nim. Czasami inne dzieci myślały że stary Mistrz Kim faworyzował go trochę bardziej niż je ale być może było to tylko dlatego mały Vijnana przywiązywał więcej uwagi do ich ojca niż inne.
Ale wszystkie się bawiły szczęśliwie razem; bez względu jakby się na siebie nie pogniewały, rzadko trzymały się z dala od siebie, nawet jeśli nie wiedziały gdzie udał się Mistrz Kim (ale był on tam zawsze dla nich, jeśli go potrzebowały ).
I były one często niegrzeczne. Prawdę mówiąc były najczęściej niegrzeczne. Ale stary mnich nigdy nie złościł się na nie, nigdy na nie nie krzyczał. Wiedział że ich gry będą je uczyć czy dawać im szkołę, na swój własny sposób. Naprawdę nie miał im nic do powiedzenia i one wszystkie były zadowolone.
Nigdy nie były tak szczęśliwe kiedy słyszały jego piosenkę przywoławczą a on otwierał swoje ramiona szeroko a one biegły do niego i były zrelaksowane. I spały i śniły w szumnej, podobnej diamentowi wizji.
I ludzie z miasta pytali w zadziwieniu, „Kim jest Mistrz Kim?”
Odpowiedział im raz kiedy mnisi Rób-Dobrze spóźniali się ze swoim śniadaniem a mniszki Czuj Słodkie poszły do domu, ale nie byli usatysfakcjonowani. Był on bardzo niesatysfakcjonujący. Wszystko co miał do powiedzenia to:
„Kto chce wiedzieć?”